Muse The 2nd Law
Rozrywnik

Subiektywnie o The 2nd Law

Czego można było się spodziewać po szóstym albumie MUSE? Jak po każdej ich dotychczasowej płycie – wszystkiego. Tym razem też się sprawdziło.

Przyznam jednak, że czekałam jednocześnie utęsknieniem, jak i  pewnym niepokojem. Zapowiedzi  straszyły. Najpierw, jeszcze przed wejściem muzyków do studia pojawiły się plotki o rzekomo „kołysankowym” klimacie albumu, a po nagraniu pojawił się zwiastun z dubstepem w tle… To zbiło z pantałyku nawet najzagorzalszych fanów.  Chwilę przed premierą wypuszczono singiel promujący, który okazał się czymś pomiędzy Faith George’a Michaela a I want to break free Queen. Przy całym moim szacunku i sympatii do twórczości obu wykonawców, tym miksem byłam rozczarowana. Zbyt mdłe, popowe, z banalnym tekstem… za słabe, po prostu. Do gustu przypadła mi zaledwie ostatnia minuta utworu. Niestety, Madness sprawiło, że jeszcze bardziej obawiałam się nowych kawałków.

I w końcu, na kilka dni przed premierą, oficjalnie udostępniono cały album w Internecie.

Nie pamiętam swoich odczuć po jednokrotnym jego przesłuchaniu, bo natychmiast zaczęłam odtwarzać drugi raz. A potem kolejny. Kilka godzin później wpadłam w stan euforii typowy dla sytuacji, w której dostajesz to, na co czekałaś od wielu miesięcy.

W każdym wydawnictwie Muse mam swoje typy, które często ulegają zmianie, ponieważ w miarę słuchania odkrywam coś w kolejnych utworach. Na dziś są to: Bondowo-podobne z świetnymi riffami gitarowymi Supremacy, zadziorne Panic Station oraz przejmujące Save me. Ostatnie to jedno z dwóch obecnych na płycie dzieł basisty zespołu, Chrisa Wolstenholme’a, który po raz pierwszy wychodzi z chórków i debiutuje jako główny wokal (i wychodzi mu to całkiem nieźle). Utwory są osobistym opowiadaniem muzyka o jego walce z alkoholizmem. Bardzo emocjonalną kompozycją jest także Follow me, w którym wokalista Matt Bellamy wykorzystał dźwięk bicia serca swojego syna, zarejestrowany na krótko przed narodzinami dziecka. Niezwykle ceremonialny Survival, który był pierwszą piosenką tegorocznych Igrzysk Olimpijskich wielu nie przypadł do gustu. A w mojej skromnej opinii, właśnie tak powinny brzmieć kawałki pisane na podobne imprezy :) Album w magiczny sposób zamyka instrumentalne Isolated System.

The 2nd Law jednocześnie zaskakuje i potwierdza przypuszczenia. Jak to możliwe? Każdy nowy album Muse jest zaskakujący, ponieważ żaden nie przypomina wcześniejszego – muzycy zawsze pokazują coś nowego. Ale jednocześnie serwują typowo Muse’owe brzmienie, które bardzo ciężko jednoznacznie zdefiniować. Podniosłość, patetyczność, ocieranie się o kicz – tak często piszą krytycy. Ale i niesamowite połączenie styli muzycznych, eklektyzm, jakiego próżno szukać gdzie indziej. Jako fan mogę powiedzieć tylko: tak, tego właśnie oczekiwałam. I to właśnie dostałam.

A co z zapowiadanym dubstepem? Ano pojawił się w jednym kawałku i wcale nie jest taki najgorszy. Dubstep tworzony na gitarze w wydaniu Muse jest absolutnie do przełknięcia. Swoją drogą, bardzo ciekawi mnie, jak zabrzmi na żywo. Prawdopodobnie będę miała okazję się przekonać już 23 listopada, kiedy to zespół zawita do Łodzi w ramach trasy promującej The 2nd Law. Nie ukrywam, że odliczam dni :)

Spłodziła: Baba druga