Koncert Muse Łódź 2012
Rozrywnik

MUSE – Oszałamiająca maszyna koncertowa

Czekaliśmy od czerwca. Bilety kupione pierwszego dnia sprzedaży, 23 listopad wydał się odległy o 100 lat. Ale w końcu nadszedł.

Do Atlas Areny dotarliśmy przed supportem  - sympatyczny kwartet Everything Everything  odpowiednio podgrzał atmosferę.  A potem dłuuugie 40 minut oczekiwania… i nareszcie, chwilę przed 21 zgasło główne oświetlenie hali, rozbłysły czerwone lasery i na scenie pojawiła się genialna trójka. Rozległy się pierwsze dźwięki instrumentalnego Unsustainable i powitalny krzyk publiczności (w tym mój, rzecz jasna ;) ) Pierwsze chwile minęły mi na nerwowym zadzieraniu głowy  i próbach znalezienia odpowiedniego miejsca i (moje metr sześćdziesiąt nie ułatwiało sprawy). Odległość od sceny w prawdzie niezbyt duża, ale szalejący tłum skutecznie zmniejszył widoczność. Swoich współtowarzyszy (najlepsza koncertowa ekipa świata!) zgubiłam już w okolicach trzeciego utworu - tłum dość szybko rozproszył nas w różnych kierunkach. Problem kiepskiej widoczności został dość szybko rozwiązany: podczas mojego ulubionego kawałka z nowej płyty - Panic Station pojawiła się ogromna piramida zbudowana z ekranów, wyświetlająca wizualizacje na przemian z tym, co działo się na scenie. Poza tym muzycy dość często pojawiali się na bocznych wybiegach, dzięki czemu byli widziani przez wszystkich.

(Film autorstwa MartinezDenver)

Setlista tego koncertu uszczęśliwiła chyba większość fanów. Obok utworów z The 2nd Law (moją opinię na temat tej płyty znajdziecie tutaj), których było oczywiście najwięcej, pojawiły się m.in. wyczekiwane Stockholm Syndrome, Supermassive Black Hole czy Plug in Baby. Ku ogólnemu zaskoczeniu usłyszeliśmy też Sunburn, z debiutanckiego longplaya. Zabrakło co prawda hitowej i niezwykle energetycznej Hysterii, ale z drugiej strony, zamiast niej mogliśmy się cieszyć Map of the Problematique.

Zarówno nowe, jak i starsze kawałki doskonale komponowały się ze sobą, tworząc mieszankę wybuchową i nie pozwalając na choćby chwilę spokojnego oddechu. Każdy kolejny utwór przyjmowany był rozdzierającym krzykiem radości z tysięcy gardeł.

Nie można nie wspomnieć o udanej akcji fanów – podczas refrenu Follow me w górę wystrzeliły setki kolorowych baloników. Przy okazji padł mit zarzucający Muse całkowity brak kontaktu z publicznością –Matthew Bellamy powitał nas rozbrajającym „Dobhry wieczór Łóć”, w międzyczasie krzyczał „kochami Was!”, rzucał ujmujące spojrzenia znad okularów prosto do kamery, a nawet przebijał piątki z fanami z pierwszych rzędów :)

Każdy punkt show był przemyślany i perfekcyjnie zaplanowany. Odczułam to jako szacunek dla każdego uczestnika koncertu, który wybierając się na koncert gwiazdy światowego formatu oczekuje niezapomnianych emocji - i to właśnie otrzymaliśmy. Pierwszy halowy koncert Muse w naszym kraju bez wątpienia pozostanie na długo w pamięci polskich fanów.

Po ostatnim bisie (spektakularny Survival) i  włączeniu świateł w trybie natychmiastowym rozpoczęło się kolejne oczekiwanie – na następny koncert…Oby niebawem!

Spłodziła: Baba druga