Marta Kisiel - Dożywocie recenzja
Rozrywnik

Dożywotnia Lichotkomania, czyli zdań kilka o "Dożywociu" Marty Kisiel

Gotycki dom na końcu świata, a w nim dożywotnio mieszkający anioł rodzaju nijakiego w różowych bamboszkach, ogromny potwór z głębin morskich z talentem kulinarnym, widmo nieszczęśliwego kochanka i utopce siedzące w ogrodowym stawie. Na serio mogłabym z tą całą ekipą zamieszkać!

Zupełnie przypadkiem sięgnęłam po książkę, która pierwszą świeżość wydawniczą ma już dawno za sobą, bo pojawiła się w księgarniach dobre 4 lata temu. Jako, że blogów książkowych regularnie nie czytam (chyba zacznę) nigdy wcześniej o tej pozycji ani o autorce nie słyszałam. A zakochałam się od pierwszych stron! Marta Kisiel zaczarowała mnie oryginalnym językiem powieści, uroczymi bohaterami i niespotykanie pogodnym klimatem całej historii. Tego właśnie było mi trzeba podczas majowego weekendu spędzonego w mieście - dzięki tej książce nawet paskudna aura mi go nie zepsuła.

"Tego roku zima postanowiła być wyjątkowo podstępna. Długo czekała na właściwy moment, tocząc wielce wyrachowaną wojnę psychologiczną, aż wreszcie, mniej więcej w połowie grudnia, sypnęła śniegiem aż miło i odniosła spektakularny sukces. Drogowcy byli bardzo zaskoczeni. Nikt natomiast nie był zaskoczony zaskoczeniem drogowców i chyba tylko dlatego obyło się bez zamieszek."


Pewnego dnia Konrad Romańczuk, rdzenny mieszkaniec miasta ni stąd ni zowąd otrzymuje w spadku willę położoną gdzieś daleko od cywilizacji. Uznaje, że może to być doskonałe miejsce na rozwój jego weny pisarskiej, więc wynajmuje swoje miejskie mieszkanie, pakuje dobytek do tico i przenosi się do rezydencji zwanej Lichotką. Na miejscu zastaje gotycki dom z wieżyczką, którego wnętrze dalekie jest od minimalizmu, a w środku dożywotnich lokatorów. Najpierw wita go Licho - anioł stróż pierwszego właściciela domu, z najprawdziwszymi skrzydłami, zamiłowaniem do porządku i uczuleniem na pierze. Zostaje uraczony tiramisu przez prawdawnego potwora z głębin Krakersa, który siedzi w piwnicy i sprawuje kuchenną władzę za pomocą długich i zręcznych macek. W bibliotece snuje się widmo romantycznego kochanka mówiącego wierszem, panicza Szczęsnego. Jakby tego było mało, łazienkę okupują cztery utopce, które cudem udaje się przekonać, by przeniosły się do ogrodowego stawu. W inwentarzu nie brakuje też charakternej, lecz nieco płochliwej czarnej kotki. Niezły początek nowego życia, prawda?

"Blond loki, zwykle opadające swobodnie na ramiona, panicz zebrał w klasyczną cebulę i związał wściekle błękitną frotką z koronkowym kwiatkiem. Efekt był wstrząsający. - Przeszkadzały, gdym haftował na tamborku, więc je okiełznałem. - Nie wydawał się zbyt przejęty tym, że wygląda jak Fragles na sterydach."


Ujmujące w tej powieści jest to, że mimo niespiesznego, powiedziałabym wręcz spacerowego tempa akcji, ciężko się od niej oderwać. Jesteśmy świadkami spokojnego życia mieszkańców Lichotki przerywanego mniejszymi lub większymi incydentami. No dobra, w finale powiało dramatem, co może zaskoczyć czytelnika, który zdążył się przyzwyczaić do sielankowej fabuły. Druga rzecz - poczucie humoru autorki jest absolutnie rozbrajające, a jej kwieciste pióro świadczy o niewątpliwym talencie i rozwiniętym warsztacie. Wierzyć się nie chce, że to jej pierwsza powieść!

Jeśli potrzebujesz czegoś pozytywnego, co sprawi, że odreagujesz kiepski dzień, czy nawet cały tydzień, ta książka Ci to załatwi. A jeśli lubisz trochę fantastyki wplecionej w rzeczywistość, prawdopodobnie staniesz się wyznawcą Lichotkomanii, jak ja. Zła wiadomość jest taka, że Dożywocie jest już w tej chwili ciężkie do zdobycia w księgarniach, przynajmniej tych internetowych – ja znalazłam e-booka. Dobra wiadomość – autorka właśnie wydała drugą powieść, z zupełnie inną historią (osadzoną zresztą we Wrocławiu i to w moich okolicach!) ale równie obiecującą. Tyle mogę powiedzieć, bo już ją dorwałam i pewnie niebawem skrobnę więcej.

Jeśli znasz, lub możesz polecić inne pozycje pełne optymizmu, koniecznie się odezwij!

Spłodziła: Baba druga