Django
Rozrywnik

Django – kwintesencja Tarantinowego kina

Czy można oczekiwać od  Tarantino stworzenia bardzo poważnego filmu? No można. Tylko po co?

Na klimat jego dzieł składa się szereg charakterystycznych szczegółów, których pojawienie się sprawia fanom czystą frajdę. Można nazywać to schematem – bo niewątpliwie są to jakieś reguły. Ale chyba nie pomylę się bardzo pisząc, że u większości widzów ten szablon jest mile widziany.  

A na co ja czekałam, oglądając Django?

Detale. Malownicze rozbryzgi krwi na bawełnie, czarna muzyka w momentach triumfu albo teatralne omdlenia pań. I wiele innych, każdy fan Quentina znajdzie „smaczek” dla siebie ;)

Monologi bohaterów. Tym razem zostajemy uraczeni  m.in. niemiecką sagą i historią szczególnie lojalnego niewolnika...

Rola samego Tarantino. Pojawia się pod koniec akcji i w sposób wybitnie spektakularny znika :)

Porządna rozpierducha.  Bez niej oczywiście nie mogło się obejść! Kulminacyjna masakra jest porównywalna do tej z Kill Billa – co prawda flaków nie ma, ale krew tryska panoramicznie.

Karykatura. Ku-Klux-Klan gubiący nagle wątek i sens swojej interwencji  - bezcenny!

Aktorstwo. Doskonałe, zwłaszcza Waltz i DiCaprio. Nad niedocenieniem tego drugiego od zawsze ubolewam. Chyba już nigdy nie pozbędzie się łatki Romea tudzież Romantycznego Chłopca z Titanica.

Stereotyp. Zepsute do obrzydliwości Południe z  niezbyt lotnymi, mówiąc delikatnie, jego mieszkańcami. W przypadku Tarantino użycie schematów nie razi, bo z tyłu głowy ma się jakąś świadomość, że o taki przejaskrawiony obraz właśnie mu chodziło.


Widzieliście? Ustatysfakcjonawani czy rozczarowani?

Spłodziła: Baba druga