jak szybko zrobić prawo jazdy
Codziennik

Tego nigdy nie rób, jeśli chcesz (w miarę) szybko zrobić prawo jazdy - 7 grzechów głównych

O rozpoczęciu kursu jakiś czas temu pisała Baba Jedna. Mnie z kolei niedawno udało się go zakończyć i szczęśliwie zdać, więc czuję się bogatsza o nowe doświadczenie i tą, jakże cenną mądrością, chcę się z Wami podzielić. Wcześniej wydawało mi się, że nie ma większego sensu pisanie o zdawaniu na prawko z perspektywy trzydziestolatki, bo któż w tym wieku robi prawo jazdy? Ano z moich obserwacji wynika, że nie tylko Baba Jedna.
To moje "robienie" trwało cholernie długo, a teraz wyraźnie widzę, że mogło pójść zdecydowanie szybciej. Ale nic, mądra baba po szkodzie.
Głupot po drodze zaliczyłam tyle, że nawet nie wiedziałam, od czego zacząć. Ale po zebraniu do kupy moich doświadczeń i dogłębnej analizie wyszło mi siedem grzechów głównych.

#1 Wybieranie szkoły tylko na podstawie rankingu zdawalności

Owszem, warto zwrócić uwagę, ale to nie wszystko. Sprawdź, gdzie mają biuro, bo ładnych parę razy będziesz musiała tam zawitać. Jeśli jest Ci tam totalnie nie po drodze - przemyśl. Wyobraź sobie brnięcie w deszczu, korkach, zatłoczonych autobusach i innych kataklizmach na drugi koniec miasta. Przemyśl jeszcze raz. Zapytaj, gdzie będziesz zaczynała i kończyła lekcje, bo może się okazać, że w zupełnie innym miejscu, niż zakładałaś. Nie zawsze szkoły idą na rękę - elki często wyjeżdżają z jednego punktu i do niego wracają. I znów, przebijanie się przez miasto. Dowiedz się, ile lekcji możesz mieć w tygodniu - zdarzają się ośrodki, które przy dużym oblężeniu są w stanie zaproponować kursantowi jedną lekcję na tydzień. To nie jest dobre. Od razu wypytaj o możliwości: ewentualnej zmiany instruktora (o tym  zaraz), płatności w ratach, przyspieszonego trybu itp. rzeczy które są dla Ciebie istotne. Nie odkładaj tych pytań do momentu, gdy już podpiszesz umowę i będzie po ptakach.

#2 Odkładanie na później egzaminu z teorii

W niektórych szkołach musisz ją zaliczyć wewnętrznie jeszcze przed rozpoczęciem jazd, w innych kiedy chcesz. I tu często zaczynają się schody, bo myślisz sobie, że kiedyś tam przysiądziesz i zaliczysz. Pewnego dnia kurs się kończy, a Ty nadal nie ogarnęłaś tematu. Nie masz czasu się za to zabrać i w dalszym ciągu odkładasz. A bez tego nie podejdziesz do państwowego. Niestety z tą teorią nie jest teraz tak bezproblemowo, o czym niżej. (I tu mała prywata - Babo Jedna, a jak tam Twoja teoria, hm?)
Swoją drogą, to na serio się przydaje, by poczuć się pewniej w czasie jazd. Więc teoretyczne lekcje to jedno, ale zdanie egzaminu to drugie - nie dość, że czujesz, że jesteś realny krok dalej w walce o prawko, to jeszcze naprawdę Ci to pomaga.

#3 Próby uczenia się tylko z kodeksu

Pewnie, dobrze jest go przeczytać, a nawet trzeba. Szacun, jeśli to zrobiłaś ze zrozumieniem i ani razu nie zasnęłaś. Ale jeśli chcesz bezboleśnie zaliczyć teorię wewnętrznie i państwowo, po prostu musisz przyłożyć się do testów i rozwiązać ich od groma i ciut ciut, bo nawet uczciwe czytanie kodeksu i opracowania Ci tego nie zapewni. Pytań w bazie jest milion pięćset sto dziewięćset i nie pójdzie Ci z tym raz-dwa. Niektóre typu wąż boa na trzy litery, ale z innymi musisz się dobrze zapoznać i nie warto liczyć na logikę czy szczęśliwy strzał. Np. jaka powinna być maksymalna długość zespołu pojazdów z przyczepą kempingową, hę? Niebywale przydatna wiedza!
Tutaj znajdziesz aktualną bazę pytań, wszystko elegancko posegregowane działami. Płacisz parę złotych, przerabiasz wszystko i zdajesz za pierwszym razem, i wewnętrznie, i państwowo. Sprawdzone, potwierdzone.

#4 Jeżdżenie z instruktorem, który ewidentnie Ci nie pasuje

Cały kurs (a nawet więcej) przejeździłam z kobietą, z którą nijak nie mogłam się dogadać. Miałam wrażenie, że moje błędy psują jej humor i zdarzało mi się usłyszeć że gaśnięcie samochodu na którejś tam lekcji to skandal. W owym czasie uznawałam, że naprawdę jestem fatalnym materiałem na kierowcę i że muszę być najgorszą kursantką ever. Co było prostą drogą do powolnego wycofywania się z tego projektu. I tak, do tematu wróciłam po ponad roku (!) przerwy. Wtedy zmieniłam instruktora i szkołę w ogóle. Wierzcie mi, po tylu miesiącach niejeżdżenia czułam się, jakbym zaczynała od początku. Mój drugi instruktor okazał się znacznie lepszym wyborem, bo cierpliwości mu nie brakowało, a to jest jednak jedna z najważniejszych cech, jakie przedstawiciel tego zawodu powinien posiadać (jeśli nie najważniejsza). Nie stało się to szybko, ale w końcu jazdy przestały być dla mnie przykrym obowiązkiem i uznałam, że jest szansa na powodzenie akcji. Dlatego jeśli po kilku lekcjach zauważyłyście, że brakuje nici porozumienia - od razu uderzajcie do biura i proście o przydzielenie kogoś innego.

#5 Odwoływanie jazd z niepoważnych powodów

Naprawdę tego nie rób! Chyba, że na serio, coś Ci ważnego wypadło, albo uczciwie źle się czujesz - bo jazda z gorączką faktycznie przyniesie więcej szkody niż pożytku. Żeby nauka była efektywna, pilnuj częstotliwości - 2-3 lekcje w tygodniu są optymalne. Przerwy w ćwiczeniach niestety odbijają się na tempie opanowania techniki jazdy. A przecież chcesz nauczyć się skutecznie i  jak najszybciej, prawda?

#6 Zniechęcanie się, gdy idzie źle

Powiesz, że łatwo mi mówić. Otóż nie, wcale nie jest mi łatwo. Moich pierwszych naście, a może nawet dziesiąt jazd to była katastrofa. Stresowałam się naprawdę mocno i minęło naprawdę dużo czasu zanim zdołałam jakkolwiek wyluzować. Każda pierdoła potrafiła wytrącić mnie z równowagi, co skutkowało oczywiście kolejnymi błędmi i wnioskiem, że w ogóle się do tego nie nadaję. I że trzeba było się tym zajmować piętnaście lat temu a nie teraz, może wtedy szło by lepiej. Może by szło, a może nie, czasu nie cofnę, powiedziałam sobie w końcu i jakoś sobie przetłumaczyłam, że muszę wyluzować. Kosztowało mnie to wiele godzin pracy nad sobą, ale w końcu nastąpił jakiś przełom i przestałam chodzić na lekcje ze ściśniętym żołądkiem. Tobie też to się uda, tylko, broń borze liściasty, nie rezygnuj. Ani nie zawieszaj na czas nieokreślony!

#7 Marnowanie czasu pomiędzy egzaminami

Jeśli uda Ci się zdać praktykę za pierwszym razem, to rewelacja, alleluja i mistrzostwo świata. Mający mniej szczęścia zwykli śmiertelnicy trochę się postresują. U mnie były to cztery podejścia. Oczywiście po trzecim razie miałam ochotę wszystko rzucić w diabły, zwymiotować na środku Wordu i podpalić wszystkie samochody. Albo zrobić jeszcze coś gorszego. To jest ten moment, kiedy musisz się z caaałych sił przemóc i tupnąć nogą. Wyciągnij wnioski z tych nieszczęsnych egzaminów - czy zeżarł Cię stres na tyle, że nie byłaś w stanie zaliczyć parkowania, które normalnie wychodziło Ci w 10 przypadkach na 10, czy po prostu nigdy tak do końca nie miałaś go przećwiczonego? Jeśli to pierwsze, to nie ma niestety uniwersalnej rady - każdy pokonuje stres inaczej. Jeśli nie pomagają Ci metody, które w innych stresujących sytuacjach zazwyczaj załatwiały sprawę, może warto pogadać z psychologiem? Czasem Word oferuje darmowe konsultacje ze specjalistą (osobiście nie korzystałam, bo wrocławska placówka proponowała jedynie godziny okołopołudniowe) - może w jakiś sposób będzie to dla Ciebie przydatne. A jeśli problem leży w niedostatecznym ogranięciu tematu - czy to jest trudne skrzyżowanie, czy nieprzećwiczony manewr, po prostu kup dodatkowe godziny. Nie warto liczyć tylko na szczęście. Dla mnie najbardziej wartościową lekcją była ta odbyta na dzień pzed ostatnim egzaminem, późnym wieczorem, podczas której w zasadzie tylko parkowałam. Wcześniejszy egzamin oblałam właśnie na parkowaniu, a na ostatnim poszło gładko i bez powtarzania. 

Pewnie mogłabym wymienić i więcej grzeszków, ale te uważam za najbardziej istotne i w moim przypadku spowodowały zupełnie niepotrzebne przeciągnięcie całego procesu. Jeśli masz swoje doświadczenia, koniecznie daj znać, może komuś pomożesz.
A ja teraz muszę tylko (hahahahahah) nauczyć się jeździć samodzielnie po wrocławskiej dżungli.

Spłodziła: Baba druga