kot w torebce
Codziennik

Opowieść sensacyjna, czyli ogarnij się BABO!

Wbrew pozorom i wprowadzającemu w błąd zdjęciu tytułowemu nie będzie o kocie, a o torebce. O torebce, która samotnie podróżowała przez godzinę po mieście.

Historia jest niczym więcej, jak obrazem mojego nieogarnięcia i braku dbałości o tzw. dobra doczesne. Otóż w wyniku nałożenia się kilku mało przyjemnych faktów zostałam na kilka tygodni pozbawiona wygodnego środka transportu jakim okazuje się samochód, na dodatek prowadzony przez pierwszego męża. Poruszanie się komunikacją jest dla mnie logistycznym przedsięwzięciem, ponieważ muszę uwzględnić autobus miejski, autobus niemiejski jeżdżący wyjątkowo rzadko (mieszkam 4 km. od granicy Wrocławia). Bonusem jest zawiezienie i odebranie pierworodnego do szkoły i zmieszczenie się w czasie od 8:00 (niestety biedne dziecko musi w środku nocy zasiadać w szkolnej ławce) do 17:00, bo bezdusznie zamykają świetlicę.

A było to tak ...
Dumna i blada (bo mi tchu zabrakło jak dobiegałam do szkoły punkt 17:00) odbieram dziecko ze szkoły. Pierworodny zaopatrzony w potężnych rozmiarów plecak i dodatkową torbę, a ja klasycznie w torebkę, laptopa i torbę z darami losu. Jako, że mieliśmy godzinę do nieszczęsnego niemiejskiego autobusu, postanowiliśmy jeszcze zrobić zakupy, co wzbogaciło nas o jeszcze jedną torbę. W efekcie: suma toreb = 6, suma noszących torby = 1,5 (dziesięcioletniego pierworodnego jeszcze nie uznaję za pełnoprawnego torbonosiciela).

1. Lenistwo i nieogarnięcie
Pierwszy raz miałam jechać z nowego przystanku, a że padało, toreb mi się za bardzo nosić nie chciało, pierworodny lekko zaczynał jęczeć i namawiać na taksówkę, to wsiedliśmy do pierwszego lepszego autobusu, żeby dojechać (jeden przystanek!) do właściwego przystanku. Pierworodny oczywiście przyklejony do smarfona nie bardzo chciał po chwili wysiadać. Ja z torbami, wlekę dziecko i oglądam się czy plecak jest. (Przy okazji zaczęłam ostatnio obserwować matki, które potrafią jechać komunikacją miejską z dwójką dzieci i z zakupami. O trójce nawet nie wspominam, bo to jest już jakiś totalny hardcore.) Dobra, udało się wysiąść.

Jesteśmy na właściwym przystanku, uffff. Teraz kolejny krok, trzeba sprawdzić stan drobnych w portfelu, bo kierowcy niemiejskich autobusów baaaaaaaaaardzo nie lubią nierozmienionych pieniędzy. Czasem tak bardzo nie lubią, że chcą wypraszać z autobusu ... No i niestety do mojej świadomości dotarło, że wśród wszystkich posiadanych przeze mnie tobołków brakuję jednego drobnego elementu – torebki. Torebki, w której znajdowały się wszystkie moje pieniądze, karty, klucze do domu, dowód i parę bardzo niezbędnych drobiazgów. Telefony miałam w kieszeniach od kurtki. To, że zdarza mi się pojechać autobusem w przeciwnym kierunku, lub jadąc w Trójmieście SKM-ką wysiąść w Gdyni zamiast w centrum Gdańska to już klasyka, ale zostawić torebkę w autobusie?

2. MPK
Gonitwa myśli, dwa pety, dobra szukam numeru do MPK. Znalazłam stronę, zabieram się za wydzwanianie. W desperacji lecę po kolei wszystkie dostępne numery. Nikt nie odbiera! Dodzwaniam się do rzeczniczki praw pasażera. Uprzejma pani informuje, że za dziesięć minut zadzwoni. Kolejne dwa pety i rozmowa z pierworodnym. Mamo, jesteśmy bankrutami? Chwilowo tak, ale zaraz coś się wymyśli, dobrze, że przynajmniej buty kupiliśmy ... Dzwoni, ufff. Niestety żaden kierowca nie zgłosił znalezienia torebki, ale proszę zadzwonić za pół godziny, może jeszcze się znajdzie. Mimo wszystko życzę miłego popołudnia. Co?!!! Miłego popołudnia, jak to nikt nie znalazł mojej torebki?

3. Cud
Stoimy jeszcze jakieś dwadzieścia minut, deszcz leje, torby mokną, pierworodny zaczyna się nudzić. Dobra, nie będziemy przecież tu tak stali, a siara do kogoś zadzwonić. Bo co powiem? Że sobie zostawiłam torebkę w autobusie i przyjedź po mnie? Wracamy na autobus jadący do centrum. Pożyczymy od kogoś kasę i wrócimy do domu, na szczęście sąsiadka ma dodatkowe klucze do mojego mieszkania, to się dostaniemy. W międzyczasie telefonicznie blokuję kartę płatniczą, kredytową i dowód osobisty. Tu brawo dla PKO – wszystko trwa kilka minut i można to załatwić jednym telefonem.

Mija kolejne dwadzieścia minut, jest autobus. Wsiadamy, pierworodny biegnie do przodu twierdząc, że może torebka będzie. Jasne, tu i teraz, i akurat w tym autobusie. Wlekę się za nim. W kabinie kierowcy, dumna i zadowolona leży jak gdyby nigdy nic moja torebka. Cud? Gdybym jednak pomyślała, że to wcale nie obciach zgubić torebkę w autobusie i zadzwoniła do przyjaciół, żeby ktoś po mnie podjechał, to pewnie odzyskałabym ją na drugi dzień. A tu równo po godzinie, moja nieszczęsna torebka, która przez moment była bliżej domu niż ja, wróciła do mnie cała i szczęśliwa, w nienaruszonym stanie.

Dziękuję z całego serca dziewczynie, która znalazła moją samotną i opuszczoną torbę i oddała ją kierowcy.

Tagi: 
Spłodziła: Baba jedna