Yankee Candle
Cieleśnie

Wszyscy palą Yankee Candle, palę i ja!

Od dawna już czytam o nich na blogach i nadszedł czas, by po babsku się na nie skusić.

Zajrzałam więc do mydlarni i pani podała mi koszyczek wypełniony kolorowymi mini-tartami. Zaczęłam wąchać wszystkie po kolei... po pięciu minutach nie miałam zielonego pojęcia które wybrać. Wzięłam więc takie o najbardziej intrygujących nazwach, niuchając tylko kontrolnie, czy zapach jest dla mnie akceptowalny. Na pierwszy ogień (i to dosłownie) poszły: Lake Sunset, November Rain, Season of Peace i, coś bardziej standardowego, Mandarin Cranberry.

Co mi wyszło z mojego pierwszego palenia?

Na początku niewiele, bo zorientowałam się, że zostały mi zaledwie niecałe 2 sztuki bezzapachowych podgrzewaczy. Za to przy okazji odkryłam, że posiadam w domu gigantyczną kolekcję świeczek mandarynkowych, wiśniowych, różanych i jeszcze jakichś, o niesprecyzownym, paskudnym zapachu. Na co mi było to wszystko - nie mam pojęcia. Zaczęłam więc od wyprawy do Rossmana w celu zakupienia worka czyściutkich, nieskażonych żadnym aromatem podgrzewaczy. Otworzyłam pierwszy wosk, ułamałam kawałek i obsypałam wszystko w okolicy pachnącym proszkiem, który wcale tak łatwo nie daje sie zetrzeć - ależ to się kruszy! Następnie postawiłam kominek bezpośrednio na komodzie (jestem genialna, wiem to), a później zdziwiłam się, że pozostał po nim ślad. Ok, straty odnotowane, teraz wrażenia.

Lake Sunset
Skusiłam się na niego ze względu na piękną etykietkę i nazwę obiecującą przywołanie wakacyjnych wspomnień. Zapach przez opakowanie był ledwo wyczuwalny, a poczas palenia również okazał się bardzo delikatny. Niemniej jednak jest przyjemny i niezobowiązujący określiłabym go mianem: elegancki. Będzie pasował, jeśli zaprosiłaś znajomych na wieczór i chcesz zasiać dobre wrażenie.
 
November Rain
To dopiero jest dziwactwo! Jakby wylało się pół flakonu męskiej wody po goleniu. Ostry bardzo i intensywny, najmocniejszy ze wszystkich czterech (czuć go w pokoju nawet następnego dnia). Coś w sobie ma, jest ciekawy, ale to nie mój typ niestety. Czego oczekiwałam - sama nie wiem. Może to miał być osnuty mgłą poranek na cmentarzu z brzmiącą gdzieś w oddali solówką gitarową Slasha - to by tłumaczyło rozczarowanie ;)

Season of Peace
Mój faworyt w tej czwórce. Z tego, co wyczytałam, pochodzi z najnowszej, zimowo-świątecznej kolekcji. Świątecznie się co prawda nie kojarzy, ale zimowo - owszem. Pachnie świeżością, czystością i miętą z odrobiną czegoś słodkiego. Czarujący, powiedziałabym. Wydaje mi się, że jest na tyle orzeźwiający, że będzie przyjemnie go palić zarówno teraz, jak i latem.

Mandarin Cranberry
Zgodnie z nazwą, mocno owocowy, kwaśno-słodki. I trochę jakby musujący - coś jak rozpuszczalne tabletki o smaku mandarynkowo-żurawinowym. W moim odczuciu całkiem miły, choć na kolana mnie nie powalił. Spodziewałam się, że będzie bardziej intensywny - w opakowaniu był bardzo mocno wyczuwalny, podczas palenia okazał się subtelniejszy. Fankom kwaśnych aromatów na pewno się spodoba.

Yankee Candle


A teraz powiedzcie mi proszę, jakie woski Was urzekły, bo nie wiem, na co się zdecydować w dalszej kolejności ;)

Spłodziła: Baba druga