Salon Wrocławski
Cieleśnie

Skóra wrażliwa - kolejna bitwa

Dziś dla odmiany nie opowiem o cudownych specyfikach ratujących biedne, rozszerzone naczynka i błyskawicznie redukujących zmarszczki, tylko o zabiegu i miłej wizycie w Salonie Wrocławskim oraz o dwóch genialnych specyfikach do demakijażu. Taka miła niespodzianka spotkała mnie tej pochmurnej jesieni.

Dzięki uprzejmości zespołu marki Dottore udałam się do Salonu Wrocławskiego na zabieg o enigmatycznej nazwie rossatore xpress. Zabieg jest przeznaczony do skór naczyniowych oraz tych borykających się z trądzikiem różowatym. Zatem idealny dla mojej biednej, różowej gęby. Pierwszy raz byłam w tym gabinecie i muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem zarówno surowego i bardzo gustownego wystroju, jak i miłej i profesjonalnej obsługi. Do tego serwują naprawdę pyszną kawę ;) Ale do rzeczy, napiszę słów kilka o samym zabiegu.

salon wrocławski gabinet
gabinet kosmetyczny

rossatore xpress

To bardzo przyjemny i nieinwazyjny zabieg na bazie cytryńca chińskiego (o którym dotąd nie słyszałam), popularnego kwasu mlekowego, argininy i azeloglicyny. Trwa około godziny i jest to naprawdę czas, który spędzisz na relaksie. Żeby uzyskać trwalszy efekt należy zafundować sobie serię, ale już po jednym zabiegu cera jest widocznie rozjaśniona i dobrze nawilżona. Bardzo klasyczne połączenie "lekkiego" kwasu, odżywczej, łagodzącej maski i serum, na koniec krem i tu drobna niespodzianka. Oczywiście dla przedłużenia efektów zabiegu warto stosować specyfik do pielęgnacji domowej. Ja dostałam kilka próbek, zatem od czwartku paćkam się w domu kremiszczem. Ale co do niespodzianki… to zastosowana w kremie technologia blur. Nie wiesz co to za tajemnicze słowo? Ja nie wiedziałam ale już wiem, zatem podzielę się z Tobą ;) To nic innego jak rozproszenie światła na skórze, co pozwala na uzyskanie optycznego rozjaśnienia, zmniejszenia widoczności zmarszczek i rozszerzonych naczyń krwionośnych. W efekcie cera nabiera witalnego wyglądu. Sprawdziłam i podpisuję się pod tym.

Dodatkowo muszę wspomnieć, że krem ma bardzo przyjemny zapach, co jest ogromnym plusem i rzadko się zdarza w przypadku dermokosmetyków. Konsystencja dość specyficzna, taka lekko olejowa i zostawiająca delikatny film na skórze, ale do przełknięcia – ogółem i tak na plus i to spory.

Cudeńka do demakijażu od Dottore

O płynie micelarnym już na babach było dawno, dawno temu – jeśli przeoczyłaś zapraszam tutaj. Podtrzymuję to co napisałam wcześniej i dodam, że płyn doskonale się sprawdza w przypadku wrażliwych oczu. Oprócz tego, że bardzo porządnie domywa, to jeszcze nic a nic nie piecze, a to u mnie ewenement. Do kompletu obserwuję wyraźny efekt łagodzenia – tu spora niespodzianka. Opakowanie jak sama widzisz przeurocze i wygodne w stosowaniu. Wyraźnego zapachu w sumie brak, co w przypadku płynu micelarnego nie ma większego znaczenia. Zatem jeszcze raz zachęcam do zapoznania się z tym produktem, jeden z lepszych demkijażowych specyfików jakie stosowałam.

demakijaż Dottore

Na drugi ogień żel oczyszczający. Ten specyfik po raz pierwszy wpadł mi w łapska i już się z nim zdążyłam polubić. Urocze i poręczne opakowanie – w sumie identyczne jak w przypadku płynu micelarnego, ale to przecież widzisz na zdjęciu. Zapach bardzo delikatny i neutralny. Celowo na początku „powtykałam” sobie go obficie w oczy, żeby przekonać się jak zareagują i tu również niespodzianka. Nic nie piecze, dobrze domywa. Producent ani słowem nie wspomina, że produkt nadaje się do demakijażu oczu, ja śmiało rekomenduję. Dodatkowo 99,5% składników naturalnych w składzie. Jeśli lubisz domyć skórę wodą i potrzebujesz pieniącego się demakijażu, to śmiało sięgaj po ten żel, jeśli wolisz unikać wody - wybierz „micelar”. Ja lubię i tak i tak – zatem oba produkty zagrzeją u mnie miejsce ;)

Spłodziła: Baba jedna