Być czy bywać

Wietnam, podróż poślubna i kolorowe kurczaki

Zastanawiając się z mężem nad celem podróży braliśmy po uwagę wyłącznie daleki wschód, po rozważeniu wszystkich za i przeciw oraz zapoznaniu się z cenami biletów lotniczych zdecydowaliśmy się na Wietnam. Ponieważ lądowaliśmy w Sajgonie czyli na samym południu kraju, postanowiliśmy przemieszczać się wzdłuż kraju na północ drogą lądową, a na koniec wrócić ze stolicy kraju Hanoi do Sajgonu krajowymi liniami lotniczymi.

SAJGON

No i po 14 godzinach podróży z przesiadką w Moskwie stoimy na wietnamskiej ziemi. Gorąco! Na lotnisku obskakuje nas tłum pseudotaksówkarzy proponujących luksusowe w cenach usługi. W końcu docieramy do wcześniej zarezerwowanego hotelu i udajemy się „na miasto”. Szybko przekonujemy się dlaczego nazwa tego miasta stanowi synonim chaosu i zgiełku. Na ulicach faktycznie panuje Sajgon! WSZYSCY trąbią co szybko staje się męczące. Aut jest niewiele, za to na ulicach i chodnikach królują skutery… tysiące skuterów. Przejście przez ulicę to wyzwanie, nikt się nie zatrzyma, nie mamy pewności nawet czy nasza obecność na jezdni jest zauważana. W końcu jednak uczymy się sztuki omijania skuterów. Na Sajgon mamy jeden dzień więc zwiedzamy ogród zoologiczno-botaniczny oraz spacerujemy po tym egzotycznym mieście, napawając oczy jego innością. To co szczególnie przykuwa naszą uwagi to pisklęta pokolorowane na różne kolory, o ile wyglądają dość zabawnie to szybko robi się nam ich szkoda. Jeszcze tego samego dnia kupujemy bilet na Open Tour Busa (autobus sypialny), którym będziemy się przemieszczać na północ kraju i rezerwujemy dwa miejsca na następny poranek.

NHA TRANG

Po dwunastu godzinach podróży docieramy do polecanej nam przez Wietnamczyków miejscowości turystycznej „o pięknych plażach”. Na przystanku czekają już na nas easy riderzy (skutery-taksówki) polecający hotel blisko plaży. Dajemy się namówić i faktycznie jesteśmy zadowoleni. W Nha Trang zostajemy trzy dni. Dwa dni spędzamy leniąc się na plaży. W końcu rozpoczynamy zwiedzanie. Zamierzamy udać się na pobliską wyspę z parkiem rozrywki Vinepearl, na którą można się dostać kolejką linową, jednak przerwa techniczna krzyżuje nam plany. Mimo upału wędrujemy przez całe miasto (nie wiedzieliśmy że to będzie tak daleko) do pagody Long Son, gdzie czczony jest Biały Budda, następnie podziwiamy świątynię czamów Po Nagar. Po trzech dniach nha trang żegna nas deszczem, ponieważ tym razem będziemy jechać nocą, mamy nadzieję, że się wyśpimy, do Hoi an mamy dotrzeć o poranku. O ile jesteśmy u celu podróży punktualnie to nie zmrużyliśmy oka, stary autokar i dziurawe drogi regularnie podrzucały nas jak kucharz naleśniki.

HOI AN

Szybko znajdujemy przyjemny hotelik. Hoi an jest uroczą niewielką miejscowością, którą można by porównać do naszego Kazimierza Dolnego. Niska zabudowa i wąskie uliczki sprawiają cudne wrażenie. Hoi an to miasto portowe, które obecnie czerpie zyski z turystyki. Słynie między innymi z jedwabiu i doskonałych krawców. Udaje nam się przeżyć Hoi an Legendary Night, czyli wieczór kiedy to miasto wypełnia blask pełni księżyca oraz tysięcy lampionów. Na ulicach szaleją dzieci w przebraniach smoków. Smoki wykonują taniec do dźwięków bębnów, udają się do sklepów i restauracji i zbierają drobne datki, oczywiście w zamian za to smok ssyła pomyślność na ofiarodawcę. To tu poznajemy przemiłą restauratorkę , która udaje się z nami na zakupy kawowo-herbaciane, dzięki czemu płacimy co najmniej połowę mniej za zakupy. Niestety w zaplanowany wcześniej „dzień plażowy” pada. Jednak dzielnie udajemy się na rowerach i w chwili gdy nie pada lecimy do wody. Hoi an to zdecydowanie najmilsze miejsce Wietnamu, gdzie faktycznie można było wypocząć. Udajemy się do wskazanego na bilecie autobusowym biura podróży i rezerwujemy miejsca w autobusie na ostatni odcinek trasy Hoi an - Hanoi. Przy okazji wykupujemy wycieczkę z Hanoi do Ha long. Przygotowujemy się psychicznie na 24 godziny, które przyjdzie nam spędzić w autobusie…

HANOI i HA LONG

Podróż mija szybko (spaliśmy jak zabici). W Hanoi jedziemy do biura podróży, z którym udajemy się do Ha long. Wykupiona wycieczka to opcja dwa dni-jedna noc (na statku). W końcu po ponad tygodniu spotykamy Polaków – Martę i Pawła. Zatoka Ha long to punkt obowiązkowy każdego wyjazdu do Wietnamu. Po zwiedzeniu jaskiń, bierzemy kajaki i wiosłujemy po zatoce. A trzeba przyznać że tysiące skał i wzniesień wystających z morza robi wrażenie. O 5. 30 pobudka gdyż przewodnik obiecywał piękny wschód słońca i nie oszukiwał, zdjęcie zdecydowanie nie oddaje piękna oświetlonego ciepłym światłem zatoki.

HANOI

Po obiedzie wsiadamy w autobus i po 4 godzinach osiągamy stolicę Wietnamu Hanoi. Ponieważ na miejscu jesteśmy ok. godz. 18.00 mamy niewiele czasu na zwiedzanie, gdyż o godzinie 8.00 rano następnego dnia mamy lot powrotny do Sajgonu. Bagaże zostawiamy w biurze linii lotniczych i ruszamy na miasto. W centrum Hanoi znajduje się ogromne jezioro wokół którego toczy się życie. Mamy przyjemność oglądać popisy par tanecznych, którzy postanowili na świeżym powietrzu troszkę poćwiczyć. Jest tu oczywiście gwarno i tłoczno ale i tak zdecydowanie przyjemniej niż w Sajgonie. Około 23.00 docieramy na lotnisko, gdzie spędzamy noc.

SAJGON - I wracamy do punktu wyjścia. Po wylądowaniu szukamy hotelu w pobliżu lotniska, gdyż lot powrotny do Warszawy mamy dnia następnego przed południem. Ponieważ nie spieszno nam do centrum czas spędzamy na zakupach w centrum handlowym. Udajemy się też na obiad do typowej dla Wietnamu garkuchni na jednej z uliczek, to tu po raz pierwszy widzimy owady (w sensie do jedzenia) a konkretnie smażone larwy. Zbieramy się na odwagę i poczęstowani nie odmawiamy, mąż docenia smak larwy, zaś mi owad z trudem przechodzi przez gardło, psychika zrobiła swoje. Wieczorek korzystamy jeszcze z masażu w pobliskim spa i powoli pakujemy swoje manatki.

Dnia kolejnego opuszczamy ten niezwykle egzotyczny kraj pełen kontrastów. Podczas tych dwóch tygodni spotkaliśmy mnóstwo przemiłych ludzi, jak także naciągaczy, kosztowaliśmy wybornych potraw i degustowaliśmy wyśmienite wino Dalat. Na pochwałę zasługuje mrożona kawa po wietnamsku z domieszką czekolady oraz oczywiście wyśmienite owoce! Każdy kto chciałby się wybrać do Wietnamu powinien koniecznie zarezerwować 3 tygodnie, gdyż 2 to zdecydowanie za mało.

z pozdrowieniami

babowa koleżanka Kamila Jadwicka

Spłodził: Gość