Muzeum Powstania Warszawskiego
Być czy bywać

Muzeum Powstania Warszawskiego - warto a nawet trzeba

Nasz system edukacyjny sprawił, że u większości ludzi z mojego pokolenia na słowo muzeum włącza się złożony system obronny. Odruchy bywają różne, począwszy od najprostszych typu "nie chce mi się", przez bolące nogi, brak czasu, po bardziej rozpaczliwe wymówki "jestem prostakiem, nie lubię takiej rozrywki". Na szczęście powstaje coraz więcej miejsc, w których brak naburmuszonych kustoszy z oczami bazyliszka, a eksponaty nie są tylko martwymi przedmiotami za szybą. Mam nadzieję, że pokolenie pierworodnego będzie chętniej odwiedzać muzea, a i nasze też się powoli przekona.

Ja już jakiś czas temu zaczęłam szerzyć propagandę wśród znajomych i udaje mi się z większym lub mniejszym skutkiem. A teraz do dzieła - propaganda na blogu. Zacznę od Muzeum Powstania Warszawskiego. Jeśli jeszcze nie byłaś, to musisz to zrobić i na tym w zasadzie powinnam zakończyć ten wpis, bo trudno mi jakoś tak zgrabnie opisać co tam zobaczyłam a raczej co poczułam. Replika kanałów, którymi poruszali się powstańcy, kino, tysiące zdjęć, listów, komunikatów, replika Liberatora. Znalazłam tam również kawiarenkę urządzoną w przedwojennym stylu, a nawet kaplicę.

Wchodzisz do budynku dawnej elektrowni tramwajowej i wokół siebie słyszysz bicie serca, dźwięk towarzyszy Ci przez cały czas (dopóki zwiedzasz na parterze). Oglądasz, słuchasz wspomnień, wszystko wokół jest komunikatem. Nie da się opisać tego miejsca, jest naprawdę wzruszające. Wychodzisz stamtąd i masz ochotę dowiedzieć się więcej, układasz nowe i stare informacje, część weryfikujesz. Wszystko tu jest podane w bardzo przystępny i nowoczesny sposób, a jednak czujesz oddech historii.

Pierwszy raz wybrałam się tam z pierworodnym, trochę chyba pochopnie, bo nie spodziewałam się, że taka wizyta może aż tak oddziaływać na emocje. Na szczęście były karteczki, którymi się zajął i raczej nie dodarło do niego co się wokół dzieje. Owszem z dziećmi można tu przyjść, ale z młodszymi raczej nie polecam. Mają na to czas. A wracając do karteczek, to naprawdę ciekawy pomysł. Znajdują się tu dwa rodzaje materiałów, większe kartki podsumowujące konkretne wydarzenia z powstania oraz imitacje kartek z kalendarza, które w skrócie przedstawiają wydarzenia z konkretnego dnia powstania.

Nie chcę zanudzać, polecam – to miejsce, które trzeba zobaczyć i poczuć.

Spłodziła: Baba jedna